Trzeba brać los we własne ręce, więc najpierw potrzebne są ręce innych, czyli jak otworzyć agroturystykę i nie zwariować

Dokonało się. Dom odświeżony, przygotowany do sprzedaży. A co najważniejsze – ogłoszenia dane. Na razie odezwą był jeden mail. Więc szału nie ma. Ale ja wiem, że zaczynamy od dupy strony. No bo kto sprzedaje dom na jesień. Ale nie my wybieraliśmy termin, więc proszę nie wypominać.

Plan wydaje się być prosty. Sprzedajemy ten dom, kupujemy za gotówkę inny, bierzemy kredyt gotówkowy i stawiamy dwa domki letniskowe całoroczne. Ta daaam!  Ale biorę oczywiście pod uwagę także fakt, że ni chu chu nie uzyskamy odpowiedniej kwoty za dom. Wtedy drugi dom trzeba będzie kupować na kredyt, w międzyczasie musimy przenieść się do teściowej i modlić się, żeby bank zaakceptował wybraną przez nas nieruchomość. A tyle gotówki ile mieć będziemy zainwestujemy w domki. Brzmi tak łatwo i prosto. Tylko ktoś musi kupić ten dom. Tylko. A raczej aż…

Teraz wystawiliśmy za ciut większą kwotę, bo myślimy opuścić w czasie negocjacji ceny. A pewien próg osiągnąć musimy. Bo inaczej nie uda nam się wystartować z agroturystyką, a to na razie jedyna droga, abym mogła zostać z dziećmi w domu. Oczywiście chodzi tu głównie o Syna. Bo nie ma takiego żłobka, który jest wyspecjalizowany w rehabilitacji dzieci, nie tylko z Zespołem Downa, ale w ogóle… I gdybym miała wrócić po macierzyńskim do pracy, to oznaczało by to oddanie Syna do zwykłego żłobka prywatnego. Tam by pewnie nic z nim nie robiono i leżał by 8 godzin dziennie. A to przekreśla jego szansę na rozwój. Ponadto to jest 1200 zł miesięcznie. Córki przedszkole pewnie z 400 zł miesięcznie. I tym sposobem większość mojej wypłaty szło by na płacenie za oddanie dzieci obcym pod opiekę i w dodatku na brak rehabilitacji Syna. Czyli rehabilitacja była by po pracy w domu koło 18, a kiedy czas dla Córki? Że już o sobie i Mężu nie wspomnę…

Tak właśnie wygląda rzeczywistość nie-bogatych w naszym kraju.

Dużym ułatwieniem było by przeprowadzenie akcji zgodnej z planem Męża mego. A mianowicie  – miliony, które tu zaglądacie. Niech ten, kto może wpłaci na moje konto dyszkę (10 zł), a jeśli agroturystyka tylko ruszy – obiecuję Wam tydzień wypoczynku gratis :) To taki konkurs, wiecie.Wygrana pewna, tylko nie wiadomo kiedy wakacje. Za dwa lata? Czy już za rok? A jak będziecie chętnie wpłacać to już może w ten zimowy sezon na narty przyjedziecie :)

Także tego… W komentarzach dajcie znać, czy wolicie wpłacić na konto, czy wysłać w kopercie (chociaż w naszym kraju to się źle kojarzy), czy też przywieźć osobiście (przy okazji możecie obejrzeć dom, i gdyby Wam się spodobał to od razu możecie zakupić).

No. Czekam więc z niecierpliwością na milion pierdylion komentarzy. A i nie zapomnijcie wstawić tego ogłoszenia konkursowego na swoje blogusie, fejsunie, klasunie itp.  Możecie też rozwieszać w dowolnych miejscach publicznych (może za wyjątkiem toalet… chociaż?…)  :)

Ukłon. Oklaski. Kurtyna.

Leczo, jogurtowe ciasto oraz mus truskawkowy, czyli jak mówi arabskie przysłowie: „Człowiek jest sługą czasu, a czas jest wrogiem człowieka”.

Ostatnie wpisy traktują bloga nie jak pamiętniczek, ale jak wyżalniczek.

Ale to trudne dni. Mąż nadal ledwie się porusza przez ból pleców. Więc wszystko na mojej głowie. Oczywiście nie winię Go za to, wręcz przeciwnie – chciałabym Mu jakoś pomóc i ulżyć. Ale jestem bezsilna i w dodatku okropnie zmęczona. 24 godziny na dobę muszę być na służbie. I wiecie co? Sama jeszcze sobie dokładam pracy.

Bo postanowiłam zrobić coś z cukinią, którą przywiozła mi teściowa. Szkoda by się zmarnowała. Zrobiłam leczo. A że cukinii było za dużo to resztę usmażyłam w jajku i bułce tartej. Córka ostatnio przebąkiwała, że chce ciasto. Zatem znalazłam fajny przepis na ciasto jogurtowe. Przydałyby się owoce do ciasta? Nie ma problemu – rozmroziłam truskawki. Kilka do ciasta – a co z resztą? A to zrobię jeszcze mus zblendowany…

I choć łapki mi opadają ze zmęczenia, a nogi włażą do przysłowiowej dupy – to czuję satysfakcję. Że staram się dbać o moją rodzinę, dogadzać w miarę możliwości. A przecież nie tylko to robiłam przez cały dzień. Bo opieka nad Dzieciakami, pranie, zmywarka, zakupy, mycie butelek… Czyli w codzienność włożyłam trzy razy więcej. No i da się. Ba! Nawet przed chwilą jak Potomkowie zasnęli wzięłam prysznic z tzw luksusem – zrobiłam sobie domowy peeling kawowy do ciała. Teraz popijam ten truskawkowy mus, piszę notkę i zastanawiam się, czy dam radę jeszcze dziś poćwiczyć. Śmiem wątpić, ale kto wie.

Zamówiłam u sąsiada (dalszego takiego jednego) śliwki węgierki. Reklamówkę. Będę suszyć, bo ostatnio po wielkiej fazie na płatki owsiane, przyszła chyba nowa faza na śliwki suszone – zjadam 3-4 sztuki dziennie. Ponoć wspomagają odchudzanie.

I ziół sporo piję. Pokrzywę, skrzyp, liście brzozy. I czerwoną herbatę, choć jej picie zarzuciłam jakiś czas temu, to mama po każdej wizycie zostawia mi trochę, więc piję. A wieczorami pijam też kefir z grzybka tybetańskiego. Ale obecnie mam 10-cio dniową przerwę.

A do całego dbania o linię dorzucam ćwiczenia aerobowe, balsam ujędrniający (ma też niby wyszczuplać ale ja w to nie wierzę), słodzik zamiast cukru i w miarę zdrowe odżywianie. Mówię w miarę – bo jak wiadomo o tej godzinie piję mus truskawkowy :) Ale może uda mi się osiągnąć cel bez diety Dukana, bo choć jest ona bardzo skuteczna (przed pierwszą ciążą schudłam 17 kg bez efektu jo-jo), to jest też niestety dosyć droga i co gorsze – trudno o bogactwo produktów świeżych i wyszukanych jak się mieszka na wsi.

Ale jak się nie ma co się lubi…

O dniu koszmarnym, pianie z ust i pomalowanych paznokciach

Wczorajszy dzień należy zapomnieć. Albo może zapamiętać ku przestrodze, jak dzień NIE powinien wyglądać. Osoby o wrażliwych oczach proszę o udanie się do kuchni i zaparzenie sobie melisy. Słowa bowiem będą mocno niecenzuralne.

Poranek. Pośpiech ogromny. Bo do lekarza z Synem. Na zmianę z Mężem karmimy potomstwo, ubieramy, żeby zdążyć, żeby nie spóźnić się tym razem.

Nagle Męża atakuje ból kręgosłupa. Pojawia się moje pierwsze, prawie niesłyszalne:

- Kurwa…

Ale facet twardy jest, mówi, że da radę jechać. No to w drogę. Po niewielkich trudach – Córka źle znosi od jakiegoś czasu jazdę autem* – docieramy pod poradnię. Spóźnieni pięć minut jedynie. Mówię w rejestracji, że jesteśmy zapisani do dr X, czy można od razu pod gabinet. Ale jak to? – słyszę w odpowiedzi. Dr X przyjmuje dziś popołudniu. Teraz jest dr Y. Ale jak to? – tym razem zapytuję ja. Okazało się, że gdy zapisywałam Syna do dr X, młodziutka rejestratorka usłyszała tylko dr – X już nie dotarł do jej pięknych, młodych uszek.

- Kurwa.

To było lekko słyszalne. Za biurko nie dotarło. A może powinno. Zatem poproszę o założenie karty do dr Y. Wezmę skierowania i następną wizytę umówię do dr X. Ale jak to? – słyszę w odpowiedzi. Tak się nie da, bo ten lekarz, który wypisuje skierowania na dodatkowe badania to ten sam lekarz musi je mieć dostarczone do oceny.

- Kurwa. (przez zaciśnięte zęby)

Co za absurd. Idę pod gabinet dr Y. A tam awantura, że nie ma znaczenia na którą byliśmy zapisani. Ważne jak kto przychodzi. I oczywiście próbują nam wmówić, że co z tego, że mają późniejszą godzinę, ale przyszli wcześniej i wchodzi się jak się przyjdzie, więc my na końcu, oni najpierw.

- Kurwa!

Miarka się przebrała. Wracam do rejestracji. Proszę przepisać kartę do dr X i wyznaczyć mi najbliższy termin. Dr Y ma prawie godzinę opóźnienia, rodziny walczą pod gabinetem, żeby za wszelką cenę wepchnąć się przed nami. Nie będę z dwójką Dzieci i chorym Mężem czekać w nieskończoność. Musiała mi się gdzieś w kąciku ust niezauważalnie potoczyć piana lub oko drgało z ogromną częstotliwością, bo pani w rejestracji wyznaczyła mi termin na za dwa tygodnie i obiecała przepisać kartę.

Wyszliśmy.

- Kurwa!!

Zmarnowany dzień urlopu, pół dnia w aucie z Dziećmi, godzina użerania się z papierkami, cierpiący Mąż i nic, ale to nic nie załatwione.

Wracamy w umiarkowanym milczeniu, gdyż potok słów wylałam już pod poradnią przed wejściem do samochodu. Wleczemy się jakieś 30 km/h za jakimś busem. I Mąż mnie uświadamia, że licznik wskazuję 60 i nie spada.

- Kurwa!!!

Jeszcze zepsutego dyliżansu nam potrzeba. W tym momencie Córka domaga się czytania książki o Pimpusiu Sadełko, a Syn ostentacyjnie sra na to wszystko. I w dodatku w pieluchę również.

Pospiesznie robię zakupy, Mąż zostaje z dziećmi w aucie, bo jemu ciężko chodzić, a Córka bardzo lubi zakupy i przez to trwają niezwykle długo, z czego najmniej wtedy zadowolony jest Syn, co głośno afiszuje.

Po powrocie do domu szał sprzątania, bo chcemy porobić zdjęcia do wystawienia domu na sprzedaż. Zaczyna mnie boleć żołądek.

- Kurwa!!!!

Piję jagody. Pomaga. Choć wieczór przemija pod  znakiem bujania wózka i płaczu znienacka wybudzonej Córki**. Ja mówiłam, że mam grzeczne dzieci? Serio?? Nie wiem, co mnie opętało…

Poranek dnia następnego. Mąż nie daje rady z bólu. Musimy odwołać dzisiejszą wizytę u lekarza. Na szczęście ta przychodnia to bardzo mili i pomocni ludzie.

A przed południem zadzwonili do mnie z firmy ubezpieczeniowej, że helloł dawaj kasę bo umowy nie wypowiedziałaś. Na co ja, że owszem nie wpłaciłam, ale umowę wypowiedziałam. Wysyłam im dowód wypowiedzenia, dumają i twierdzą, że wypowiedzenie zostało odrzucone, bo brakło w nich 3 istotnych słów. Ale pani postara się w moim imieniu złożyć reklamację i wyjaśnić sprawę.

- Kurrrrwa!!!! No ja cież pierdolę!!!! A weźcie w chuj wypierdalajcie i dajcie mi żyć bez nerwów!!!

Chciałam powiedzieć. A wyrwało mi się: dziękuję i proszę o telefon, gdy coś się wyjaśni. Nie omieszkałam oczywiście zapisać numeru telefonu i nazwiska osoby, która mnie doprowadziła do stanu pokawowego bez użycia kawy.

* Wszelkie pomysły jak ulżyć dziecku 2,5 letniemu, które ma chorobę lokomocyjną mile widziane

** Ale i tak po całym tym dniu nie omieszkałam na pocieszenie pomalować paznokci. Na każdej dłoni są po trzy paznokcie w kolorze morskim oraz po dwa w odcieniu między różem a malinowym musem***

*** Jeśli zagląda tu jakiś mężczyzna to lepiej niech nie czyta dwugwiazdkowego odnośnika – bo i tak nie pojmie o jakie kolory chodzi

Dwoje dzieci, czyli jak znaleźć czas na manicure i go nie zrobić

Dwoje dzieci to wyzwanie, jeśli chodzi o podołanie codziennym obowiązkom. Czasami powieszenie prania czy wyjęcie naczyń ze zmywarki trzeba robić na raty. I przy okazji należy być wdzięcznym, że posiada się zmywarkę. Bo doskonale pamięam czasy gdy dzieci nie było, albo było jedno, a mycie garów i tak doprowadzało mnie do wścieku dupy oraz zabierało cenny czas. Nie wspominając już o namoczonych paznokciach i szybko ulatniającym się z nich manicure’u.

Tak. Wbrew pozorom i pomimo braku czasu – lubię mieć dość długie i pomalowane (choćby odżywką) paznokcie.

Dwoje dzieci to również wyzwanie, jeśli pragnie się znaleźć w całym dniu czas dla siebie. Żeby zrobić wyżej wspomniany manicure, zdrzemnąć się, wypić w spokoju kawę czytając książkę, czy choćby móc się wykąpać niezbyt spiesznie.

Czasem  dzień jest wypełniony po brzegi dziećmi. Odkąd wstaną zaczyna się maraton. Karmienie jednego potem drugiego, ubranie jednego potem dtugiego, zabawa z jednym i zabawienie drugiego… W międzyczasie zdążę czasem coś zjeść i wypić kawę. Gdy się nie zgrają, to Syn wstaje na karmienie i przebranie wtedy, kiedy Córka idzie na popołudniową drzemkę. Wtedy ze smutkiem odkładam ksiązkę i lakier do paznokci i zapominam o leżeniu na kanapie.

Ale dwoje dzieci to też umiejętność doceniania, każdej, ale to każdej wolnej chwili. Czy to oznacza kilka łyków kawy i papierosa, czy kwadrans przed tv, czy krótką drzemkę.

Moje dzieci nie należą do wysysających z matki ostatnie krople energii. Są takie dni, w których zgrana drzemka powoduje, że mam czas ćwiczyć lub zdrzemnąć się. Że nawet kiedy drzemki się nie zgrywają, to mam czas ” między dziećmi” na zrobienie kilku nalewek.

Dziś powstały: jabłkowa, brzoskwiniowa, z owoców czarnego bzu, śliwkowa, miętowa, miętowo-cytrynowa, cytrynowo-miodowa, pokrzywowa, melisowa, z szyszek sosnowych, z pędów sosnowych oraz nieśmiertelna wiśniówka.

I kto powiedział, że mając dzieci na nic nie ma się czasu?  Ma się go może mniej, ale za to umie człowiek lepiej tym czasem gospodarować. Oczywiście łatwiej to przychodzi, kiedy się ma grzeczne dzieci. A moje bez wątpienia takie są :)

A teraz czas na małe piwo i przyjemny czas z Mężem.

A teraz serca mam trzy…

Nie wiadomo kto, ale wysłuchał. Serce mojego Syna jest całe i zdrowe. Pierwszy, i prawie najcięższy kamień z serca spadł. Łza spłynęła po policzku w gabinecie. A teraz wielkie sprzątanie. Jutro rano kolejne badania. Ale potem przyjeżdżają moi rodzice i ich przyjaciele. Zostaną do niedzieli. A teraz uśpić Dzieci – i dalej sprzątać.

W powietrzu czuć jesień…

Dziś od rana świeci słońce. W końcu. Pranie schnie na zewnątrz i nabiera świeżości, którą uwielbiam – a która zapewne niedługo się skończy wraz z nadejściem jesieni. Bo jesień już czuć w powietrzu.

Posiedziałam z dzieciakami na zewnątrz – słońce przygrzewa w twarz ale już wiaterek taki jesienny. Już bluzy, polary… A niedługo czapki, szaliki…

A na grzybach jeszcze nie byliśmy w ogóle w tym roku. I jak na razie nie widać światełka abyśmy byli, więc nie nasuszę sobie na sosy. Bez czarny czeka na mnie i spoziera zza okna. Chce narobić syropu i podjąć się zrobienia wina. Tylko czasu brak na zerwanie surowca.

Przed nami w piątek i w sobotę dwa ważne badania Syna. Modlę się do nie wiadomo kogo, aby wyniki były dobre. W sobotę przyjeżdżają moi rodzice ze swoimi znajomymi. Będzie zatem głośno, gwarno ale i zapewne wesoło.

Przygotowanie domu do sprzedaży trwa, ale już mnie bardzo męczy. Nie wszystko jest na swoim miejscu, czasem szukam czegoś w pośpiechu. A już najbardziej mnie denerwuje brak estetyki dla oka. Ale trzeba i już.

Mąż podjął się zrobienia kilku grafik na zlecenie, co zabiera mu czas, ale mam nadzieję, że daje oprócz kasy satysfakcję i oderwanie się od rzeczywistości. odpłynięcie do świata artystycznego, mitycznego, słowiańskiego…

I tylko cierpliwości mi brak… Ale poprawię się…

Jaką cenę mają marzenia?…

Długo nie pisałam drogi pamiętniku, ale dużo się działo. Więcej niż mogłabym przypuszczać.

A zaczęło się tak:

W nocy z wtorku na środę 23 lipca poczułam, że to już TEN moment. Po 40 minutach odkąd pojawiły się bóle zapowiadające poród, już byliśmy w drodze do szpitala. Po niecałej godzinie byliśmy w szpitalu, a tam już wieziono mnie w pośpiechu na wózku na porodówkę. O 3:40 wpisano mnie do szpitala, a o 4:10 nasz cudowny Syn pojawił się na świecie. Już miałam go na brzuchu i tuliłam do siebie, a on płakał. Jaka była moja radość z tego płaczu. Bo kiedy urodziłam Córeczkę, nie płakała. I okazało się, że urodziła się z wrodzonym, zachłystowym zapaleniem płuc. Poród trwał od pierwszego skurczu 17 godzin, a nasz pobyt w szpitalu trwał z powodu antybiotyków 10 dni – 10 bardzo długich dni. Więc tym razem po tak szybkim porodzie usłyszawszy płacz mojego Syna pomyślałam: wszystko w porządku, jest zdrowy. Moja euforia trwała kilka godzin. Potem wszystko potoczyło się szybko. Wstępna diagnoza ordynatorki, że dziecko ma objawy zespołu Downa. Jak to? Przecież robiłam badania w ciąży i nic nie wykazało! Dwa dni później zlecenie badań cytogenetycznych ustalających kariotyp. Potem 3 tygodnie piękne, pełne radości, że Syn jest z nami, że Córka go zaakceptowała jak wymarzona siostra. Ale również 3 tygodnie płaczu, pytań co będzie jeśli…, stresu, lecz również nadziei. Wynik dostaliśmy po tych trzech tygodniach. Jak wyrok: trisomia 21. Jeszcze więcej łez, płaczu, żalu, nienawiści do losu… Potem z każdym dniem staraliśmy się zamieniać bezsilność na siłę do walki o lepsze jutro dla naszych dzieci. Musieliśmy wymyślić nowy plan i pomysł na życie, bo mój powrót do pracy stanął pod znakiem zapytania. Trzeba było ogarnąć i zaplanować masę wizyt lekarskich, aby sprawdzić stan zdrowia Syna. To myślenie o sprawach przyziemnych (choć niezmiernie ważnych) pozwala  podnieść się na jedno kolano z upadku. Bo tak naprawdę podniósł mnie Mąż, nasza miłość, wiara w siebie nawzajem. Wsparcie Męża to ogromna moc – i za to Ci mój Mężu bardzo dziękuję!

Dziś nadal nie potrafię pogodzić się z faktem, że Syn już na starcie ma gorzej niż inne dzieci, że nie ma równych szans. Jedno jest pewne – damy mu z Mężem tyle, ile będziemy w stanie, ile tylko będzie potrzebował – pamiętając, aby niczego nie odebrać Córce.

I jeszcze jedna ważna rzecz. Koniecznie trzeba znów być sobą. Nie udawać, że nic się nie stało, ale pomimo przeciwności losu starać się żyć normalnie. Uśmiechać się, cieszyć się każdym dniem i nie tracić nadziei, że będzie dobrze.

Czeka nas ogromna reorganizacja życia. Chcemy otworzyć sklep internetowy z różnościami – handmade dekoracjami, itp. Chcemy sprzedać ten dom i kupić gdzieś bliżej gór inny, by otworzyć agroturystykę – nasze marzenie. Jeśli nam się to uda, to będziemy mogli powiedzieć z czystym sercem, że zawdzięczamy to naszemu Synowi. I Córce. Bo to dla nich wszystko. Chociaż oddałabym to wszystko, żeby Syn był w pełni zdrowy.

Czas pokaże, co nam się uda w życiu osiągnąć.

I na koniec: Kocham Cię Mężu! Kocham Cię Córko! Kocham Cię Synu!

Każdego z Was inną miłością, ale zapewniam Was, że równie mocną!