Szpitalniczek, czyli zapiski matki tęskniącej, dzień III

Syn ma się coraz lepiej. To wiadomość priorytetowa. Idzie ku lepszemu i oby tak było dalej. Ilość uśmiechów jakie mi posyła wynagradza mi długie godziny i dnie z intensywnej terapii, kiedy leżał nieświadomy po aparaturami. Kiedy pojedzony zasypia na moim ramieniu (po wcześniejszym głośnym beknięciu) czuję jak wymazuję z pamięci chwile, kiedy nie mogłam Go wziąć na ręce i przytulić. Tak bardzo bałam się, że to rozstanie na miesiąc pozbawi mnie intuicji, że nie przebudzę się, gdy on bezgłośnie zapłacze. Nie miałam czego się bać. Syn nie musi płakać. Wystarczy, że się poruszy, a ja już się budzę. Bałam się, że zapomni mnie, mój zapach. Ale tak też na szczęście się nie stało. Córka również bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Kiedy przyjechali z Mężem, spała. Obudziwszy się, patrzyła na mnie bez słowa, ze łzami w oczach. Z ustami zdradzającymi radość. Tak mocno się wtuliła. A mi popłynęły łzy. Ta Dziewczynka ma szósty zmysł. To jest dar. Jest niesamowita. Niesamowity również był pocałunek Męża na powitanie. Był bardziej czuły, niż zwykły buziak na dzień dobry. A może tylko mnie się tak wydawało? Nie zmienia to faktu, że poczułam się jak uskrzydlona. Że dodał mi wiary w lepsze jutro – nasze jutro. Przypływ adrenaliny miesza się ze zmęczeniem, niedosypianiem i bolącymi plecami. Ale każde z powyższych przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy Syn zdrowieje, Córka wita mnie w tak magiczny i na swój sposób dorosły sposób, a pocałunek Męża znaczy dla mnie, tyle co wyznanie miłości.

Szpitalniczek, czyli zapiski matki tęskniącej, dzień II

Polepszający się stan zdrowia Synka dodaje mi sił. Pojawiła się nadzieja, że może nie posiedzimy tu dłużej niż dwa tygodnie. Choć to i tak wydaje mi się wiecznością bez Córki i Męża. Kiedy ją słyszałam przez telefon to ściskało mnie w gardle. Ale wiem, że jest w dobrych rękach. Ba, w najlepszych, bo to ręce Taty. Marzę też o tym, by móc przytulić się do Męża. Pożartować, porozmawiać o planach na przyszłość, pośmiać się. Tak bardzo bym chciała, żebyśmy już byli wszyscy we czworo razem w domu. Samym pobytem, a raczej moją reakcją na pobyt w szpitalu jestem i tak zaskoczona. Spodziewałam się gorszej, pełnej łez reakcji. Łzy są, ale inne niż przypuszczałam. Przyjmuję tą sytuację, bo tak trzeba i już. Emocji nie wyłączę, ale pozbywam się tych najbardziej negatywnych. A przynajmniej staram się. A teraz kiedy już wszyscy śpią, roztoczę przed sobą inny świat, który pomaga mi zasnąć, wycisza mnie, odrywa od rzeczywistości.Tym światem są książki Grahama Mastertona.

Szpitalniczek, czyli zapiski matki tęskniącej, dzień I

Dziś po niespełna 4 tygodniach pobytu na intensywnej terapii przeniesiono Syna na oddział nefrologii. Mogę więc być z Nim przez całą dobę. I bardzo się z tego cieszę, że nie jest sam z obcymi. Że jestem przy nim kiedy zapłacze swym zachrypniętym od respiratora głosem. Że mogę Go karmić, kąpać, nosić na rękach, przytulać, całować, cieszyć się Jego minami. Ale radość ta okupiona jest tęsknotą i smutkiem. Bardzo tęsknię za Córką, za jej głosem, spojrzeniem, śmiechem a nawet płaczem. Kiedy byłam w w domu przeglądałam zdjęcia Syna z tęsknoty. Teraz przeglądam zdjęcia Córy. I jeszcze jedna tęsknota gryzie moje serce. Za Mężem. Za rozmową, przytuleniem, za Jego wsparciem. To dopiero pierwsza noc, więc muszę uzbroić się w cierpliwość. Co przyniosą kolejne noce? Przzwyczajenie do nowej sytuacji? Jeszcze większą tęsknotę i smutek? Oby przyniosły przede wszystkim zdrowie mojemu Synowi, miły czas mojej Córce, miłość mojemu Mężowi a mnie cierpliwość.