RMF Nostalgia i eTesco czyli o łatwościach życia w mieście….

Dokonało się. Przeprowadziliśmy się w zeszły weekend. Było hardcorowo ale i opłacało się.

Słucham właśnie RMF Nostalgia, popijam drinka wiśniowego. Dzieci pokąpane śpią, mąż na wychodnym – jak co wtorek….

A ja mam przemyślenia. Mimo, że marzyłam o domu na wsi, który przez jakiś czas miałam to jednak… No właśnie jest jednak. W mieście mam wolność wyjścia choćby na kawę z koleżanką, choćby do sklepu wybrać kolor szminki. A zakupy – no cóż. Jak oglądałam Rodzinka.pl i zamawiali zakupy w eAlma myślałam sobie – tiaaa, takie burżujstwo. A teraz sama tak zamawiam i przekonałam się, że to nie tylko nie-burżujstwo, ale również wygoda, brak straty czasu i wiele innych plusów. Net mi nie ścina jak „we wsi”. Śmiga co mnie cieszy bo dopóki nie zamówimy kablówki, to mam wszystko tylko online.

Mąż nie musi dosypywać pelletu do pieca, nie musi czyścić pieca, nie musi zakopywać na ogrodzie odpadów organicznych, nie musi dłubać wokół domu. Nie traci czasu na dojazdy i na czynności, które na wsi są zwyczajne a jednak czasochłonne. Mąż jest. Dla dzieci. Dla mnie. Dla siebie.

Wszystko stało się na wyciągnięcie ręki, na dwa kroki i już jest.

Są tylko dwa powody, które mogą mnie zawrócić na wieś. Pierwszy to niezależność. W bloku zawsze jest opcja, że trafi się wkurwiający sąsiad, lub taki, którego to ja będę wkurwiać. Imprezy z tańcami do 6 rano lub huczne grille też są mało wykonalne. Drugi powód – jeśli Mąż zechce wrócić to wrócę tylko i wyłącznie dla Niego.

A zatem idealne by było mieszkać w domu ale w mieście. I mieć w miarę dużą działkę, aby sąsiad nie gapił się w moje okna. Więc na taki dom to jeszcze pewnie długo poczekam. I będzie w nim kominek bo za ogniem tęsknię bardzo. I kotłownia :)

A póki co cieszę się basenem, sauną, jaccuzzi i siłownią – kiedy tylko się wybiorę, bo takie mam opcje w cenie czynszu. Więc coś za coś. A ogień? No cóż – na razie pozostają ogniska  :) A sezon nadchodzi :)

Wiosna, wiosna… Wiosna gdzie żeś ty…

Budzę się rano, spoglądam w okno i szlag mnie trafia… Biało…

Nie ma tej werwy co w dni słoneczne, tego zastrzyku energii i chęci do działania. I sypie białe gówno z nieba. A w Boże Narodzenie nie raczyło.

Zamarzył mi się dobry grzaniec. Nie omieszkam wieczorem poczynić. Z miodem, cytryną, cynamonem, kardamonem, imbirem, goździkami, zielem angielskim i gałką muszkatołową. Korzennie. Na bogato.

A tymczasem popijam czerwoną herbatę i póki Córa ogląda bajkę a Syn ma drzemkę, to wezmę się za rozciąganie mięśni. Może to doda mi energii.

Tabata i czerwona herbata, czyli walczym Panie dalej

Czas diety minął, cel niemalże osiągnięty, ale niedopracowana ta figura. Oj nie. No ja wiem, że na wybieg to już mnie nie wpuszczą. Chyba, że dla zwierząt w ZOO. I że 18 lat to miałam daaawno temu. Ale uznałam, że popracuję nad sylwetką. Zobaczymy czy plan jest dobry.

I tak.

Dieta – w sensie, że nie Dukan, ale jedzenie z głową. Ale bez przesady z rygorem. Umiar i zdrowe nawyki żywieniowe to dobra rzecz, ale szaleństwo tez czasem się należy.

Ruch – rozpoczęłam trening Tabaty. Założenie mam takie, że trzy razy w tygodniu zamieniam się na 4 minuty w szalonego, wijacego się kota, którego zaatakowały myszy sztuk 150. Plus 10 min rozgrzewki przed oraz 6 min rozciągania statycznego po.

Dodatki – czerwona herbata, balsam ujędrniający + drewniana szczotka do masażu.

Pozostaje trwać i czekać na efekty. Głównie Tabaty. I reszty w sumie też. Na całokształt.

Piję znów grzybka tybetańskiego.

A poza tymi nowościami życie dalej toczy się swym torem. Do przeprowadzki pozostało nam może dwa dni może dwa tygodnie. Czekamy na decyzje kredytową kupujących. Już bym to chciała mieć z głowy i nie myśleć o całej przeprawie.

Dzieci na razie zdrowe i to w sumie najważniejsze. Reszta jakoś taka mniej ważna się wydaje.

Nastroju świątecznego u nas ni chu chu ni ma i raczej nie będzie. Bo jak będziemy się w sobotę przeprowadzać, to jajka chyba sobie sami poświęcimy. A jak się nie przeprowadzimy w sobotę, to machnę żurek z białą kiełbaską i to by było na tyle akcentów świątecznych.

Tylko ten śnieg mnie (i pewnie nie tylko mnie) wkurwia. Okropnie. Nie mogę już patrzeć za okno. Bo mnie mdli. A to już krok do rzygania. A ja dbam o figurę i zdrowe jedzenie, więc szkoda by było marnować.

Dukan, czyli mama na diecie oraz jak to w życiu bywa raz na wsi, raz w mieście…

Ku pokrzepieniu serc innych i mojego własnego powstaje ten wpis. O tym, że jak się chce to się da.

Historia mojego odchudzania sięga 2011 r. Wtedy po raz pierwszy przeszłam dietę Dukana. Schudłam 17 kg w 4 miesiące (z 75 kg do 58 kg). III fazy utrwalającej nie zdążyłam przeprowadzić, gdyż zaszłam w ciążę. Ale efektu jojo nie było i ani po pierwszej ciąży ani po drugiej nie wróciłam do wielkiej wagi.

Ale po ostatnich stresach i nerwach jakie zafundował nam rok 2014 mimo, że na początku schudłam to waga potem zaczęła niebezpiecznie podnosić się. Gdy osiągnęłam 63 kg postanowiłam spróbować diety Dukana ponownie. Zestaw jak poprzednio. Dieta Dukana, trochę aerobów, czerwona i zielona herbata oraz peeling z kawy z cynamonem i balsam ujędrniający. Obawy miałam ogromne. Byłam starsza, miałam mniej do zrzucenia, było to już drugie w życiu zastosowanie diety oraz dwie ciąże za mną. Okazało się, że Dukan działa cuda!! W 5 tygodni zrzuciłam 7 kg (straciłam 17 cm w pasie). Teraz obecnie jestem na III fazie, już utrwalam. Ćwiczę nadal, choć nie zawsze regularnie. Czasem więcej obowiązków codziennych, czasem trudniejszy dzień dzieciaków i już trudniej wygospodarować czas na sport. A nie można zapominać o praniu, sprzątaniu, gotowaniu i opiece nad dwójką Szkrabów. Ale z reguły nawet o 22 jak dzieci śpią to chociaż wtedy coś się poruszam. Jak się chce to się da. O! Taki mój wniosek.

 

Ponadto dom jest w trakcie sprzedaży. Już jesteśmy po podpisaniu umowy przedwstępnej. Robimy więc czystkę przydasiów w domu, przygotowujemy się do przeprowadzki…

No właśnie blog z podtytułem Z miasta na wieś teraz jest jakby trochę nieaktualny… Chyba, że zanim zmienię to poczekam – kto wie gdzie za jakiś czas nas wywieje…

A teraz czas na bułeczkę żytnią, własnoręcznie upieczoną. Z żółtym serem, wędliną i ogóreczkiem. Mlask, mlask :) A potem kawa z cynamonem i kardamonem. Polecam.

Szpitalniczek, czyli zapiski matki tęskniącej, dzień III

Syn ma się coraz lepiej. To wiadomość priorytetowa. Idzie ku lepszemu i oby tak było dalej. Ilość uśmiechów jakie mi posyła wynagradza mi długie godziny i dnie z intensywnej terapii, kiedy leżał nieświadomy po aparaturami. Kiedy pojedzony zasypia na moim ramieniu (po wcześniejszym głośnym beknięciu) czuję jak wymazuję z pamięci chwile, kiedy nie mogłam Go wziąć na ręce i przytulić. Tak bardzo bałam się, że to rozstanie na miesiąc pozbawi mnie intuicji, że nie przebudzę się, gdy on bezgłośnie zapłacze. Nie miałam czego się bać. Syn nie musi płakać. Wystarczy, że się poruszy, a ja już się budzę. Bałam się, że zapomni mnie, mój zapach. Ale tak też na szczęście się nie stało. Córka również bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Kiedy przyjechali z Mężem, spała. Obudziwszy się, patrzyła na mnie bez słowa, ze łzami w oczach. Z ustami zdradzającymi radość. Tak mocno się wtuliła. A mi popłynęły łzy. Ta Dziewczynka ma szósty zmysł. To jest dar. Jest niesamowita. Niesamowity również był pocałunek Męża na powitanie. Był bardziej czuły, niż zwykły buziak na dzień dobry. A może tylko mnie się tak wydawało? Nie zmienia to faktu, że poczułam się jak uskrzydlona. Że dodał mi wiary w lepsze jutro – nasze jutro. Przypływ adrenaliny miesza się ze zmęczeniem, niedosypianiem i bolącymi plecami. Ale każde z powyższych przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy Syn zdrowieje, Córka wita mnie w tak magiczny i na swój sposób dorosły sposób, a pocałunek Męża znaczy dla mnie, tyle co wyznanie miłości.

Szpitalniczek, czyli zapiski matki tęskniącej, dzień II

Polepszający się stan zdrowia Synka dodaje mi sił. Pojawiła się nadzieja, że może nie posiedzimy tu dłużej niż dwa tygodnie. Choć to i tak wydaje mi się wiecznością bez Córki i Męża. Kiedy ją słyszałam przez telefon to ściskało mnie w gardle. Ale wiem, że jest w dobrych rękach. Ba, w najlepszych, bo to ręce Taty. Marzę też o tym, by móc przytulić się do Męża. Pożartować, porozmawiać o planach na przyszłość, pośmiać się. Tak bardzo bym chciała, żebyśmy już byli wszyscy we czworo razem w domu. Samym pobytem, a raczej moją reakcją na pobyt w szpitalu jestem i tak zaskoczona. Spodziewałam się gorszej, pełnej łez reakcji. Łzy są, ale inne niż przypuszczałam. Przyjmuję tą sytuację, bo tak trzeba i już. Emocji nie wyłączę, ale pozbywam się tych najbardziej negatywnych. A przynajmniej staram się. A teraz kiedy już wszyscy śpią, roztoczę przed sobą inny świat, który pomaga mi zasnąć, wycisza mnie, odrywa od rzeczywistości.Tym światem są książki Grahama Mastertona.

Szpitalniczek, czyli zapiski matki tęskniącej, dzień I

Dziś po niespełna 4 tygodniach pobytu na intensywnej terapii przeniesiono Syna na oddział nefrologii. Mogę więc być z Nim przez całą dobę. I bardzo się z tego cieszę, że nie jest sam z obcymi. Że jestem przy nim kiedy zapłacze swym zachrypniętym od respiratora głosem. Że mogę Go karmić, kąpać, nosić na rękach, przytulać, całować, cieszyć się Jego minami. Ale radość ta okupiona jest tęsknotą i smutkiem. Bardzo tęsknię za Córką, za jej głosem, spojrzeniem, śmiechem a nawet płaczem. Kiedy byłam w w domu przeglądałam zdjęcia Syna z tęsknoty. Teraz przeglądam zdjęcia Córy. I jeszcze jedna tęsknota gryzie moje serce. Za Mężem. Za rozmową, przytuleniem, za Jego wsparciem. To dopiero pierwsza noc, więc muszę uzbroić się w cierpliwość. Co przyniosą kolejne noce? Przzwyczajenie do nowej sytuacji? Jeszcze większą tęsknotę i smutek? Oby przyniosły przede wszystkim zdrowie mojemu Synowi, miły czas mojej Córce, miłość mojemu Mężowi a mnie cierpliwość.

Wiara, nadzieja, miłość – trzy siostry

Dzień dobrych wiadomości. Miłych słów oraz słów pełnych nadziei. Słów, które dają wiarę w lepsze jutro. Które dają siłę do dalszej walki. Słów, które przekonują, że warto wierzyć, warto walczyć, warto mieć nadzieję i nigdy jej nie tracić. Że warto pragnąć.

Ale właściwie czym jest nadzieja? Wiarą w to, że będzie lepiej? Czyli to nie nadzieja, ale wiara. Czym zatem jest wiara? Byciem przekonanym, że będzie lepiej. Ale przecież pewności nikt nam nie daje. Czyli nadzieja równa się wiara. A co z miłością? Czyż ten co kocha nie ma nadziei i nie wierzy w to, że będzie dobrze? Ma nadzieję, wierzy. I w dodatku kocha.