Tabata i czerwona herbata, czyli walczym Panie dalej

Czas diety minął, cel niemalże osiągnięty, ale niedopracowana ta figura. Oj nie. No ja wiem, że na wybieg to już mnie nie wpuszczą. Chyba, że dla zwierząt w ZOO. I że 18 lat to miałam daaawno temu. Ale uznałam, że popracuję nad sylwetką. Zobaczymy czy plan jest dobry.

I tak.

Dieta – w sensie, że nie Dukan, ale jedzenie z głową. Ale bez przesady z rygorem. Umiar i zdrowe nawyki żywieniowe to dobra rzecz, ale szaleństwo tez czasem się należy.

Ruch – rozpoczęłam trening Tabaty. Założenie mam takie, że trzy razy w tygodniu zamieniam się na 4 minuty w szalonego, wijacego się kota, którego zaatakowały myszy sztuk 150. Plus 10 min rozgrzewki przed oraz 6 min rozciągania statycznego po.

Dodatki – czerwona herbata, balsam ujędrniający + drewniana szczotka do masażu.

Pozostaje trwać i czekać na efekty. Głównie Tabaty. I reszty w sumie też. Na całokształt.

Piję znów grzybka tybetańskiego.

A poza tymi nowościami życie dalej toczy się swym torem. Do przeprowadzki pozostało nam może dwa dni może dwa tygodnie. Czekamy na decyzje kredytową kupujących. Już bym to chciała mieć z głowy i nie myśleć o całej przeprawie.

Dzieci na razie zdrowe i to w sumie najważniejsze. Reszta jakoś taka mniej ważna się wydaje.

Nastroju świątecznego u nas ni chu chu ni ma i raczej nie będzie. Bo jak będziemy się w sobotę przeprowadzać, to jajka chyba sobie sami poświęcimy. A jak się nie przeprowadzimy w sobotę, to machnę żurek z białą kiełbaską i to by było na tyle akcentów świątecznych.

Tylko ten śnieg mnie (i pewnie nie tylko mnie) wkurwia. Okropnie. Nie mogę już patrzeć za okno. Bo mnie mdli. A to już krok do rzygania. A ja dbam o figurę i zdrowe jedzenie, więc szkoda by było marnować.

Leczo, jogurtowe ciasto oraz mus truskawkowy, czyli jak mówi arabskie przysłowie: „Człowiek jest sługą czasu, a czas jest wrogiem człowieka”.

Ostatnie wpisy traktują bloga nie jak pamiętniczek, ale jak wyżalniczek.

Ale to trudne dni. Mąż nadal ledwie się porusza przez ból pleców. Więc wszystko na mojej głowie. Oczywiście nie winię Go za to, wręcz przeciwnie – chciałabym Mu jakoś pomóc i ulżyć. Ale jestem bezsilna i w dodatku okropnie zmęczona. 24 godziny na dobę muszę być na służbie. I wiecie co? Sama jeszcze sobie dokładam pracy.

Bo postanowiłam zrobić coś z cukinią, którą przywiozła mi teściowa. Szkoda by się zmarnowała. Zrobiłam leczo. A że cukinii było za dużo to resztę usmażyłam w jajku i bułce tartej. Córka ostatnio przebąkiwała, że chce ciasto. Zatem znalazłam fajny przepis na ciasto jogurtowe. Przydałyby się owoce do ciasta? Nie ma problemu – rozmroziłam truskawki. Kilka do ciasta – a co z resztą? A to zrobię jeszcze mus zblendowany…

I choć łapki mi opadają ze zmęczenia, a nogi włażą do przysłowiowej dupy – to czuję satysfakcję. Że staram się dbać o moją rodzinę, dogadzać w miarę możliwości. A przecież nie tylko to robiłam przez cały dzień. Bo opieka nad Dzieciakami, pranie, zmywarka, zakupy, mycie butelek… Czyli w codzienność włożyłam trzy razy więcej. No i da się. Ba! Nawet przed chwilą jak Potomkowie zasnęli wzięłam prysznic z tzw luksusem – zrobiłam sobie domowy peeling kawowy do ciała. Teraz popijam ten truskawkowy mus, piszę notkę i zastanawiam się, czy dam radę jeszcze dziś poćwiczyć. Śmiem wątpić, ale kto wie.

Zamówiłam u sąsiada (dalszego takiego jednego) śliwki węgierki. Reklamówkę. Będę suszyć, bo ostatnio po wielkiej fazie na płatki owsiane, przyszła chyba nowa faza na śliwki suszone – zjadam 3-4 sztuki dziennie. Ponoć wspomagają odchudzanie.

I ziół sporo piję. Pokrzywę, skrzyp, liście brzozy. I czerwoną herbatę, choć jej picie zarzuciłam jakiś czas temu, to mama po każdej wizycie zostawia mi trochę, więc piję. A wieczorami pijam też kefir z grzybka tybetańskiego. Ale obecnie mam 10-cio dniową przerwę.

A do całego dbania o linię dorzucam ćwiczenia aerobowe, balsam ujędrniający (ma też niby wyszczuplać ale ja w to nie wierzę), słodzik zamiast cukru i w miarę zdrowe odżywianie. Mówię w miarę – bo jak wiadomo o tej godzinie piję mus truskawkowy :) Ale może uda mi się osiągnąć cel bez diety Dukana, bo choć jest ona bardzo skuteczna (przed pierwszą ciążą schudłam 17 kg bez efektu jo-jo), to jest też niestety dosyć droga i co gorsze – trudno o bogactwo produktów świeżych i wyszukanych jak się mieszka na wsi.

Ale jak się nie ma co się lubi…